W sadach opadły liście – czas na miedź
W wielu sadach sezon zbiorów dopiero się zakończył, ale ochrona kory i drewna – również z myślą o kolejnym roku – właśnie się zaczyna. Teraz, gdy drzewa są już bezlistne, preparaty miedziowe działają najskuteczniej. To kluczowy zabieg w ograniczaniu raka drzew owocowych, zwłaszcza w sadach z odmianami szczególnie podatnymi na tę chorobę.
Wielu sadowników dopiero wiosną szuka pomocy w walce ze zgorzelami, ale często okazuje się, że problemy te wynikają z braku jesiennych oprysków zabezpieczających. Tymczasem to właśnie jesień decyduje o zdrowym starcie w kolejny sezon i może nam oszczędzić dużo pracy i nerwów wiosną.
Do tej pory jesienna pogoda raczej sprzyjała sadownikom i drzewom owocowym, ale warto pamiętać, że zarodników różnych patogenów w sadach jest nadal bardzo dużo. Nadchodzący wilgotny okres później jesieni i wczesnej zimy tylko zwiększy ryzyko infekcji. Ze względu na ograniczoną liczbę środków dopuszczonych do stosowania o tej porze roku, preparaty miedziowe pozostają najskuteczniejszym zabezpieczeniem. Jeśli warunki będą sprzyjały infekcjom, warto rozważyć powtórzenie zabiegu. Dobrym wyborem są formulacje zawierające miedź o działaniu wgłębnym, która chroni nie tylko powierzchnię rośliny.
Zabieg miedziowy ogranicza ilość patogenów na pędach, pąkach, ranach i uszkodzeniach mechanicznych, które mogą stać się miejscem rozwoju parcha jabłoni, zarazy ogniowej czy innych chorób kory i drewna. Z jednej strony działa prewencyjnie, a z drugiej wspiera prawidłowe zabliźnianie ran, zmniejszając ryzyko rozwoju infekcji grzybowych i bakteryjnych. Dzięki temu presja chorób na starcie nowego sezonu jest niższa, a pierwsze zabiegi ochronne – skuteczniejsze, co często przekłada się na mniejszą liczbę oprysków wiosną (o ile pogoda na to pozwoli).
Oprysk najlepiej wykonać w pogodny dzień, przy temperaturze około 10°C i słabym wietrze. Jeśli prognozy zapowiadają mgły, lepiej poczekać, aż drzewa całkowicie wyschną. Po aplikacji również konieczny jest czas na wyschnięcie cieczy roboczej.




